W związku z faktem, że jest to pierwszy wpis na blogu, na wstępie chciałbym wyjaśnić jedną, niezwykle istotną kwestię. Niniejszy tekst jest opinią ogólną, dotyczącą problemu in extenso, nie wyraża on mojego poglądu w każdej podobnej sprawie, zwłaszcza sądowej. Z uwagi na to, kiedy tylko usłyszę, względnie przeczytam „a przecież wtedy, a wtedy na swym blogu napisał pan mecenasie, że...” wpierw pokłonie się interlokutorowi i podziękuję za uwagę poświęconą mojemu blogowi, a następnie udowodnię, że tekstu tego nie zrozumiał.

Pisanie bloga będąc adwokatem jest zadaniem dość trudnym, wręcz karkołomnym, podobnie, jak pisanie artykułów dla tzw. pism fachowych. Każdy prawnik ma, a jeśli nie ma to może wyrobić sobie pogląd na każdy określony (prawniczy) temat. Nie oznacza to jednak, że nie może on bronić poglądu przeciwnego jeśli wymaga tego sprawa. Taka to specyfika pracy, w której występujemy nie w swoim imieniu, lecz w imieniu Klienta. W związku z powyższym będę robił wszystko, by tematy poruszane na niniejszym Blogu zostały potraktowane, jak najbardziej ogólnie.

Jak wskazałem na swojej stronie internetowej, kluczową specjalizacją Kancelarii są sprawy związane z prawem medycznym i sprawy odszkodowawcze. Może w związku z tym zdziwić pytanie, czy każda krzywda wymaga zadośćuczynienia, co z krzywdami niewielkimi? Czy istnieje w ogóle pojęcie takie, jak krzywdy niewielkie, małe, błahe?

W kluczowym dla tematyki zadośćuczynień przepisie art. 448 k.c. wskazuje się, że sąd może przyznać odpowiednią sumę tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę. Jak dotąd, niemal cała uwaga orzecznictwa i doktryny skupiała się na wykładni pojęcia „odpowiednia suma”, a co – zapytam – z pojęciem krzywdy? Przecież z przepisu ustawy nie wynika, że naruszenie dobra osobistego automatycznie niejako powoduje powstanie/istnienie krzywdy. Przepis stanowi wyraźnie: w razie naruszenia...za doznaną. A więc konieczne jest spełnienie dwóch warunków, po pierwsze naruszenie dobra osobistego, po drugie powstanie krzywdy, plus nieodłączny przecież związek przyczynowy. Przede wszystkim ustawa dopuszcza taką sytuację, w której doszło, co prawda do naruszenia dobra osobistego, lecz nie skutkowało to krzywdą po niczyjej stronie. Wskazuje na to sama ustawa. Może zdarzyć się tak, że żądanie zapłaty zadośćuczynienia będzie czymś w rodzaju premii za zdarzenie, w skrajnych przypadkach wygraną w loterii, w której ktoś wziął udział za nas.

Jeśli na sprawy związane z zadośćuczynieniami będziemy patrzeć tylko przez pryzmat procesów przeciwko ubezpieczycielom, to poglądy wyrażane w niniejszym wpisie mogą się wydać cokolwiek dyskusyjne. Co jednak, jeśli w sprawie o zadośćuczynienie wystąpimy w charakterze pozwanych, pozwanych nieubezpieczonych?

W nieistniejącym już, moim pierwszym, blogu napisałem kiedyś o sprawie, którą prowadziłem w II instancji, a w której sąd I instancji zasądził (łącznie z kosztami) niemal 30.000,00 zł za to, że powódka została ugryziona (jeden raz) przez psa pozwanego, w rzeczy samej dość niedużego wiejskiego kundla.

Tego rodzaju sprawa i tego typu rozstrzygnięcie każe zadać pytanie, jak ma się 30.000,00 zł za ugryzienie do 300.000,00 zł, jakie maksymalnie może „zasądzić” komisja do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych i to tylko w wypadku śmierci?

Chora dysproporcja pokazuje, że w sprawach sądowych dotyczących zadośćuczynień tak samo, jak istnieją „stawki maksymalne”, istnieją również kwoty, poniżej których sąd – orzekając już zasadność roszczenia – nie zejdzie. A przecież nawet zdarzenie będące naruszeniem dóbr osobistych może nie powodować żadnej krzywdy. Powyższe szczególnie jaskrawo objawia się w sprawach o znieważenie.

Jeśli dojdzie do znieważenia, to oczywistym jest, że naruszono dobra osobiste osoby znieważanej, jej dobre imię, cześć, być może wolność od bycia obiektem werbalnego ataku (skłonny jestem wyprowadzić takie dobro osobiste z przepisu art. 23 k.c.) A czy powstała krzywda?

Amerykanie w sprawach o zadośćuczynienie, dokonując wyceny krzywdy, stosują zasadę, zgodnie z którą kwota zadośćuczynienia nie jest odpowiednia tak długo, jak długo osoba poszkodowana nie zgodziłaby się na powstanie szkody lub krzywdy za zapłatą określonej kwoty. Kwestia jest oczywiście płynna, to że pozwoliłbym na 1% uszczerbek na moim zdrowiu za 700 zł nie oznacza, że zgodziłbym się odejść z tego Świata za kwotę 70.000,00 zł (więcej na ten temat w moim artykule w „Prawie i Medycynie” http://www.prawoimedycyna.pl/?str=artykul&id=192).

Przenieśmy powyższe na grunt praktyki. Czy powódka znieważona, wyzwana od k..., etc., etc. ma prawo do zadośćuczynienia? Czy jeśli żąda zapłaty kwoty np. 10.000,00 zł, to nie mamy do czynienia z premią za zdarzenie? Pytanie jest wręcz filozoficzne. Ile osób nie zgodziłoby się na kilkusekundowy incydent za kwotę 10.000,00 zł?

Przyjmując amerykańskie podejście do tematyki zadośćuczynienia należałoby zadać pytanie, za ile dana osoba zgodziłaby się na to by ktoś ją obraził? Tego typu pytania w polskich realiach wydają się dość niepoważne. Każda zniewaga bowiem wymaga odpowiedniej reakcji.

Jedno z pytań, które zawsze pojawia się w sprawach o zadośćuczynienie i na które należy przygotować Klienta to pytanie „dlaczego żąda Pan/Pani akurat takiej kwoty?” Bardzo często zapomina się, że zadośćuczynienie ma spełniać nie tylko funkcję kompensacyjną, ale również prewencyjną, czy prewencyjno-wychowawczą, a więc z jednej strony ma wychować sprawcę, a z drugiej powstrzymać go od dalszych naruszeń dóbr osobistych. Tu z kolei pojawia się pytanie, czy kwota zadośćuczynienia na poziomie kilkuset złotych może spełniać funkcję prewencyjną? Czy zasądzenie tychże kilkuset złotych jest dla poszkodowanego takim przeżyciem psychicznym, które rekompensuje poniesioną krzywdę? I wreszcie, czy czy jeśli zadośćuczynienie miałoby wynieść kilkaset złotych, to możemy mówić o krzywdzie w rozumieniu Kodeksu cywilnego?

Powyższe rozważania mają, wbrew pozorom, niebagatelne znaczenie. Nikt bowiem nie odbiera nikomu prawa do żądania zadośćuczynienia jego krzywdom. Nikt prawa tego odebrać nie może. Jeśli krzywda jest niewielka, to i zadośćuczynienie nie może być wysokie, musi być adekwatne. Więc być może we wszelkiego rodzaju sprawach odszkodowawczych należy nie tyle badać najwyższe zasądzane sumy, ile te najniższe. Jeśli bowiem Sądy w Polsce zasądzają kilka tysięcy złotych w sprawach o znieważenie, to ile winny zasądzić w sprawach, w których powód, przykładowo, stał się inwalidą?