Telefon zadzwonił w piątek popołudniu. Przygotowywałem się do spokojnego weekendu, akta spraw, które miałem przygotować na przyszły tydzień szczelnie wypełniły moją teczkę, ostatni segregator leżał równo ułożony na biurku, czekając na podróż do domowej kancelarii.

Klient pokrótce przedstawił sprawę, jak zwykle dość nietypową, wymykającą się prostym schematom książkowych wzorów pism. Zaznaczam, uważam wszelkie wzory za zło, korzystanie z nich piętnuję, ludzi, którzy je publikują w internecie odsądzałbym od czci i wiary na pierwszej stronie sobotniego Faktu.

Tego typu sprawy zdają się jednak być powoli moją specjalnością więc ze spokojem wypakowałem laptopa, mały przyrząd wpinany do USB ponownie połączył mnie ze światem zewnętrznym. Rozpocząłem poszukiwania.

Już wstępna analiza dostępnych artykułów pozwoliła mi zrozumieć, że system informacji prawnej o niczym mnie nie poinformuje. Podszedłem do regału z książkami. Z racji tego, że sprawa dotyczyła postępowania egzekucyjnego moją uwagę przykuła książka „Postępowanie zabezpieczające i egzekucyjne”. To teoretycznie dobry trop, pomyślałem, bezpodstawnie – jak się okazało – sądząc, że książka będzie omawiać zagadnienia związane z egzekucją.

Wertowałem kolejne strony w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nie szukałem gotowych wzorców, szukałem wskazówek, informacji, którą będę mógł „przetworzyć”, strumienia wiedzy, który zamknę w zgrabnej formule stosownego wniosku. Na próżno.

Zamiast uzyskać wiedzę, która wykraczałaby choć minimalnie poza brzmienie przepisów, uzyskałem wiadomości o tym, jak wygląda postępowanie egzekucyjne...w Niemczech.

Przez pół roku studiowałem w Niemczech, nie raz marzyłem o polskim opracowaniu dotyczącym tamtejszego systemu prawnego. Wyszukiwałem w wyszukiwarce hasła „niemieckie prawo cywilne księgarnia”. Nie znajdowałem nic. Wielka szkoda, że nie wiedziałem wówczas, że informacje takie znajdę w monografiach na temat polskiego systemu prawnego. Teraz jednak szukałem konkretnej wiedzy na temat polskiego postępowania egzekucyjnego. Bezowocnie.

Po chwili moją uwagę przykuł stary komentarz do Kodeksu postępowania cywilnego. Chwila zawahania, przecież wertowałem aktualne komentarze, przepisy dotyczące egzekucji uległy istotnym zmianom... Rzeczywiście, ale lektura tego komentarza po raz kolejny uświadomiła mi jedną rzecz, a mianowicie, że kilkadziesiąt lat temu komentarze pisano dla praktyków, a więc dla osób, które znają przepisy, nie powtarzano treści tych przepisów, zwracano uwagę na niuanse, otwierano przed czytelnikiem nowe możliwości, rozszerzano jego horyzont, pozwalano mu – po uzyskaniu koniecznej wiedzy – stosować rozwiązania, na które pozwalało prawo.

Przede wszystkim jednak czytelnik miał świadomość, że książka (bez znaczenia, czy monografia, czy też komentarz) jest efektem pracy twórczej, a nie jedynie zbiorem tez z orzecznictwa.

Podam przykład, komentarz do art. 129 k.p.c.:

Teza 1: Strona wnosząca pismo do sądu może w piśmie tym powołać się na dokument prywatny lub urzędowy. Strona, wnosząc takie pismo, nie ma obowiązku złożenia do sądu takiego dokumentu.

Teza 4: Strona powołująca się w piśmie na dokument jest zobowiązana do złożenia w takim wypadku oryginału takiego dokumentu. Strona będzie zwolniona z takiego obowiązku tylko wówczas, gdy ustawodawca wyraźnie zezwolił na jego zstąpienie jego odpisem.

Dostrzegam sprzeczność, ale rozumiem, że orzecznictwo w zakresie tego zagadnienia nie jest jednolite. Skoro jednak czytam komentarz autorstwa dr. hab., to chciałbym znać jego/jej zdanie na ten temat. Na próżno.

Jeden z moich profesorów na studiach mówił (w odniesieniu do literatury prawniczej), że „w czasach komuny brakowało papieru i drukowano tylko rzeczy wartościowe. Teraz papieru jest dość, żeby drukować wszystko”. Niestety, miał rację. Mogę tylko życzyć sobie, żeby przepisy prawa nie ulegały gwałtownym zmianom. Pytanie, co jest lepsze: niedoskonały przepis z doskonałym komentarzem i dającym do myślenia orzecznictwem, czy „doskonały” przepis, którego nikt nie jest w stanie przyzwoicie skomentować pozostawiam otwarte...